Blog
solidarni i niezależni
Tygodnik Solidarność
Tygodnik Solidarność po Twojej stronie od 1981 r.
0 obserwujących 469 notek 475907 odsłon
Tygodnik Solidarność, 27 lipca 2011 r.

Bulski: Zmowa establishmentu

– Aktorzy kreujący Konradów, Napoleonów, wielkich rewolucjonistów nagle stulają uszy po sobie i prywatnie nie są w stanie powiedzieć nic. Więc do kosza te ich wielkie role, przeżycia, skoro jako ludzie nie mają odwagi, by wystąpić w imię Polaków, którzy zginęli w Smoleńsku – z Mariuszem Bulskim, jednym z liderów Ruchu Solidarni 2010, rozmawia Krzysztof Świątek.
 
– Wystąpił Pan w filmie „Solidarni 2010”. Jest Pan aktorem i natychmiast pojawiły się zarzuty, że to była rola za pieniądze. Jak było naprawdę?

– Drugiego dnia po katastrofie podeszła do mnie Ewa Stankiewicz i zapytała, dlaczego przychodzę pod Pałac Prezydencki. Spontanicznie opowiedziałem jej o swoich przemyśleniach i odczuciach. Nigdy nie wziąłem żadnych pieniędzy, ale dziś prawie nikogo to nie interesuje. Nie jestem w stanie zdjąć tej gęby, którą mi przyklejono. To przykład, jak łatwo zniszczyć człowieka. Kiedyś biło się pałkami albo przychodziło do domu i mówiło: „Chcesz dalej studiować to podpisz te papiery”. A teraz: „Chcesz dalej grać, zarabiać, masz kredyt we frankach to stul gębę i siedź cicho”. Znamienne, że moja przyjaciółka Rosjanka, celebrytka ITI, w dzień po katastrofie zadzwoniła, mówiąc: „Mariusz, daj spokój, co będziesz siedział z tym oszołomstwem na Krakowskim Przedmieściu. Jak Stalin zmarł, to ludzie też płakali”. 
 
– Został Pan naznaczony.
 
– Przedstawiono mnie jako nieopierzonego aktorzynkę, który zaczepił się przypadkowo w serialach, a przy okazji „Solidarnych 2010” chciał się wypromować. Projekcja filmu była 26 kwietnia. Dzień później zadzwonił reporter „Dziennika – Gazety Prawnej” z zastrzeżonego numeru. Pierwsze pytanie: „Czy pan Mariusz Bulski?”, drugie: „Czy wziął pan za występ pieniądze?”. W tym momencie powiedziałem, że przerywam rozmowę. Nie chciałem rozmawiać z nieznanym człowiekiem dzwoniącym z zastrzeżonego numeru. Na mojej odmowie wysnuto całą opowieść medialną na temat występu za pieniądze. Na Krakowskim Przedmieściu nagrano wypowiedzi setek osób, 300 godzin materiału. Mnie zaatakowano po to, by zniszczyć wymowę całego filmu. Dwa dni po projekcji pojawiły się nieprawdziwe artykuły. Następnego dnia daliśmy sprostowanie, które zamieszczono gdzieś na blogu po tygodniu, nikt już tego nie zarejestrował. Najważniejsze było uruchomienie VIP-ów medialnych i nagonki. Tylko dlatego, że wiele osób odważyło się powiedzieć coś innego niż było w tzw. przekazie dnia: „Piloci zawinili”.
 
– Jak przyjęto Pana udział w filmie Ewy Stankiewicz w środowisku aktorskim?
 
– Jako aktor jestem totalnie rozczarowany postawą mojego środowiska. Oprócz mnie można na palcach policzyć artystów, którzy publicznie zabrali głos na temat 10 kwietnia. Jednemu z aktorów z pierwszej ligi teatralnej powiedziałem kiedyś: „Dziś jest 10., zapraszamy pod namiot «Solidarnych»”. Odpowiedział: „To kontrowersyjne, ja mam rodzinę, nie chcę się w takie rzeczy angażować”.
 
– Czego może się obawiać?
 
– Pewnie nie chce być dołączony do grona oszołomów, nie chce stracić ciepłej posadki w teatrze, dobrego wizerunku w kolorowych czasopismach i reklam za kilkaset tysięcy złotych, które są atrybutem gwiazd. Ja świadomie odchodzę z tego środowiska. Trochę z żalem, bo poświęciłem kilkanaście lat, żeby pracować w wymarzonym zawodzie. Ale gdy obserwuję hipokryzję, konformizm tych ludzi, zwyczajnie nie chcę do nich przynależeć. Nie trzeba być wyjątkowo lotnym człowiekiem, by zrozumieć, że po 10 kwietnia toczy się perfidna gra, że są dwie kompletnie rozmijające się interpretacje tego wydarzenia i jego konsekwencji.
 
– Odchodzi Pan dobrowolnie czy jest wypychany?
 
– Jestem wypchnięty z przestrzeni publicznej pod namiot „Solidarnych”. Przestrzeń oficjalna zarezerwowana jest na jedynie słuszną postawę rezerwy pod hasłem: nie wychylaj się za daleko, bo nigdy nie wiesz, co cię jutro spotka.
 
– Ale czy po filmie „Solidarni 2010” przestano do Pana dzwonić z propozycjami występów aktorskich?
 
– Szlaban, przestałem istnieć w środowisku zawodowym. Jednego dnia przyszedł do mnie kolega aktor i opowiadał: „Wiesz Mariusz, słyszałem na planie rozmowę o tobie dwóch reżyserów”. Zażartowałem: „I co, zagram coś w końcu?”. A on skwitował: „Nie, długo nic nie zagrasz”.
Kręciłem dokumenty i zaangażowałem się w projekt o powodzi w Wilkowie. To miała być godzinna opowieść: „Rok po powodzi”. Jak zmienia się życie ludzi, którzy nagle stracili wszystko. Śpią po stodołach, bo jeszcze domów nie wyremontowali, a ubezpieczyciele straszą ich pozwami sądowymi, jeżeli będą się upominać o odszkodowania, bo przecież dostali już pieniądze od państwa. Chciałem pokazać, jak ci ludzie wracają do rzeczywistości. Złożyliśmy projekt do PISF-u i od razu został odrzucony. Miała to być historia w czterech odcinkach wstępnie zaakceptowana przez telewizję. Po zmianie warty w TVP w sierpniu zeszłego roku projekt wywalono do kosza. W dzień wyborów prezydenckich poszło 15 min pilotażu, ale od razu pojawiły się komentarze nadwornej drużyny komentatorów, że to PiS-owska propaganda. A ludzie po prostu opowiadali o swoim dramacie.
 
– To środowisko jest aż tak konformistyczne?
 
– Sztuka jest nastawiona dziś na zysk. Stoją za tym cyniczni producenci, którzy pod hasłem „sztuka” zarabiają grube pieniądze. Zatrudniając dziś Bulskiego, musieliby się liczyć z tym, że projekt zostanie po drodze ucięty. Po co ryzykować już na starcie. Za tym stoi lęk homo sovieticusa, że lepiej się nie wychylać. To słynne ruskie: „ciszej idziesz, dalej zajdziesz”. Stałem się obiektem drwin. Znam środowisko aktorskie. Ci ludzie nudzą się w przerwach, a mają potrzebę bycia w centrum uwagi. Ale żeby być w centrum, trzeba znaleźć newsa w stylu „wow!”. Kogo jeszcze nie obgadywaliśmy? Bulski! Stałem się maskotką do rozbawienia towarzystwa przed wejściem na plan. Pełniąc dyżury na Krakowskim Przedmieściu, słyszę też, co mówi o mnie ulica: „A to jest ten nieudacznik od Pospieszalskiego”. Bo z jednej strony część ludzi za to, co zrobiłem, mi dziękuje. Z drugiej strony są reakcje podyktowane przez mainstreamowe media: „To ten karierowicz”. Te media nie podają, że sam robiłem dokumenty, uczestniczyłem w ciekawych projektach z pogranicza art-video, występowałem w filmach, które zdobywały nagrody na międzynarodowych festiwalach jak „Powtórzenie” Artura Żmijewskiego. Przedstawiono mnie jako aktora, który desperacko szuka możliwości zaistnienia i sprzeda się za każdą cenę.
 
– Prostuje Pan?
 
– Robiłem to, ale musiałbym wkraczać w te rozmowy na Krakowskim Przedmieściu co pięć minut. A nie taki jest cel mojej obecności pod namiotem „Solidarnych”.
 
– Główne stacje robią dziś zasłonę dymną?
 
– Media mainstreamowe wyławiają jedno zdanie i wokół tego robią wielki dym, byle tylko odejść od tematów trudnych. Obserwowałem postawę mediów zaraz po 10 kwietnia, kiedy jak hieny żerowały na ludzkich emocjach. Pod pałacem były wszystkie telewizje świata, nawet rozmawiałem ze stacją chińską. Po trzech dniach obrazki ludzi płaczących, stawiających znicze, stojących w gigantycznych kolejkach opatrzyły się. Dziennikarze oklapli. I nagle news – czy godzien Wawelu! I widziałem, jak oni w popłochu pakowali sprzęt, bo jest news – jedziemy do Krakowa. Nagle na podestach dla kamer pod Pałacem Prezydenckim zrobiło się pusto. To obnażyło miałkość mediów. Niebezzasadnie ktoś zrugał Monikę Olejnik za hipokryzję.
 
– Mówił Pan, że winnym katastrofy okaże się generał Mgła.
 
– Co miesiąc dziesiątego podchodzą ludzie i mówią: „Pan wtedy wyrwał mi te słowa z serca, zastopował oficjalne kłamstwo”. Także na manifestacji Solidarności usłyszałem: „Pan był naszymi ustami pod Pałacem Prezydenckim, zastopował propagandę michnikowszczyzny”. Atmosfera na Krakowskim Przedmieściu była wtedy gęsta. Wszyscy zjednoczeni bólem, szokiem, wspólnymi emocjami. Kiedy w telewizji pokazano prezydenta Kaczyńskiego jako wspaniałego męża, ojca, dziadka, wtedy rozdzieliły się światy prawdy i fałszu. Dlatego mainstream poszedł szybko w torpedowanie „Solidarnych”, Ewy Stankiewicz, Jana Pospieszalskiego, mnie. Potem pojawiło się „czy godzien Wawelu” i cała rozgrywka ze spotkaniem Moniki Olejnik z Pawłem Kowalem i Adamem Bielanem. Zastanawiająca rola polityków, którzy potem trafili do PJN, a dziś stoją u wrót Platformy, bo ogarnął ich przedwyborczy lęk o krzesełka w sejmie.
 
– W filmie Ewy Stankiewicz mówi Pan, że nie rozumie tego, co się stało.
 
– Nadal nie rozumiem. Szczególnie postawy wielu Polaków, którzy snują się po Krakowskim Przedmieściu, uważają, że nic się nie stało, a pod naszym adresem rzucają wyzwiska: „Zoo, psychiatryk”.
 
– Kogo boi się Donald Tusk?
 
– Jeżeli premier został przez własną głupotę wmanewrowany w ten prawdopodobny zamach – bo aktualnie jest badana sytuacja, że na 15 metrach stanęły silniki i wysiadła cała elektronika – to boi się Polaków. Donald Tusk lubi grać w piłkę i chwali się, że gra w ataku. W tej sytuacji się zadryblował. Starał się dryblować między prezydentem Kaczyńskim a premierem Putinem. Zaimponowało mu to, że Rosja go zaakceptowała, poczuł się wspierany w grze przeciwko własnemu prezydentowi. Od wieków zresztą nasz wschodni sąsiad wspomaga bardziej spolegliwą stronę. Donald Tusk boi się nadchodzących wyborów i ceny politycznej, którą może zapłacić. Trzysta lat doświadczeń z Rosjanami i wiedza o KGB-owskich korzeniach członków rządu w Moskwie i pana Putina skłania mnie do przypuszczenia, że oni nigdy nie myślą dobrze o Polsce i Polakach.
 
– Zaangażował się Pan w Ruch Solidarni 2010, pełni Pan dyżury pod Pałacem Prezydenckim. Dlaczego?
 
– Przeżyłem metamorfozę. Aktorstwo to wspaniała przygoda, ale mocno egoistyczna. Życie rolami, a nie swoim życiem. Znam sporo aktorów, którzy mają problemy z własną tożsamością, bo tyle różnych masek zakładają. Ludzie, którzy kreują Konradów, Napoleonów, wielkich rewolucjonistów, nagle stulają uszy po sobie i prywatnie nie są w stanie powiedzieć nic. Więc do kosza te ich wielkie role, przeżycia, skoro jako ludzie nie mają odwagi, by wystąpić w imię Polaków, którzy zginęli w Smoleńsku a nawet po śmierci są niszczeni. Gówno z taką sztuką, jeśli ta sztuka nie ma krztyny człowieczeństwa. Jeszcze w ’81 roku aktorzy mieli jaja, bo stwierdzili po wprowadzeniu stanu wojennego – nie gramy. Uznali, że prawda jest wartością bezcenną i bezdyskusyjną. Kiedy po 10 kwietnia stanąłem pod pałacem, uznałem, że zabawa się skończyła. Trzeba wziąć odpowiedzialność za ten kraj. No bo kto? Ci, którzy poświęcili swoje życie dla tego kraju, polecieli tam i zginęli. Jeśli nie ja, nie pan, to kto? Stojąc długo pod pałacem, robiłem wewnętrzny rachunek sumienia i podejmowałem postanowienia, które rzutują na całe moje życie i świadomie ponoszę tego konsekwencje. Bo mogłem pójść w drugą stronę. I dostawać fajne role, zarabiać świetne pieniądze i kręcić się w tym koglu-moglu. Stanąłem po drugiej stronie i nie żałuję.
 
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze

Tematy w dziale