Blog
solidarni i niezależni
Tygodnik Solidarność
Tygodnik Solidarność po Twojej stronie od 1981 r.
0 obserwujących 469 notek 477612 odsłon
Tygodnik Solidarność, 10 maja 2011 r.

Zawodówka? To nie wstyd!

5395 2 0 A A A
fot. Marcin Żegliński

W tym roku po raz pierwszy od lat więcej maturzystów chce dostać się na uczelnie techniczne niż na uniwersytety. Wciąż jednak gimnazjaliści wybierają głównie licea, potem popularne kierunki humanistyczne - i nie mogą znaleźć pracy. Czas na powrót zawodówek.


„Zawodówka? Moje dziecko jest mądrzejsze!”. Ambicja rodziców to jeden z głównych powodów, dlaczego młodzi ludzie zamiast od razu uczyć się zawodu, trafiają do liceum  (z którego często przenoszą się do szkół zawodowych).
-Za wyborem liceum stoją ambicje, szczególnie rodziców. Dzieci mówią: mamo, chcę być kucharzem, ale wciąż pokutuje mit szkoły gorszego wyboru – mówi Monika Burlewicz, dyrektor Zespołu Szkół Rzemiosła i Przedsiębiorczości im. Jana Kilińskiego w Lublinie. Czy dziś warto iść do szkoły zawodowej? Pani dyrektor nie ma wątpliwości. - Tylko do szkoły zawodowej! Liceum i studia nie dają dziś żadnych gwarancji zatrudnienia. Przecież nie wiadomo, jaki wybrać kierunek studiów, żeby za pięć lat znaleźć pracę. U nas po trzech latach nauki jest się czeladnikiem z konkretnym fachem w ręku. A dobrzy fachowcy, szczególnie w zawodach usługowych, zawsze będą potrzebni.

Najlepsi do zawodówek?

- Przychodzą do nas uczniowie z dobrymi i bardzo dobrymi ocenami w gimnazjum. Ich edukacja idzie dwutorowo. Uczą się zawodu, a jednocześnie kształcą ogólnie, bo przecież zawodówka nie zamyka szansy na studia – tłumaczy dyrektorka szkoły.
Jak wygląda taka nauka? W lubelskim Zespole Szkół Rzemiosła i Przedsiębiorczości uczniowie dwa dni pracują – zdobywają wiedzę praktyczną, a trzy dni się uczą.
- Praktyki odbywają się w zakładach pracy. W szkole można stworzyć do tego odpowiednie warunki, ale zawsze będzie to pewnego rodzaju laboratorium, nie mające odniesienia do warunków życiowych – tłumaczy Monika Burlewicz. Oczywiście uczniowie nie od razu dostają trudne zadania. Nikt 16 letniemu mechanikowi bez doświadczenia nie powierzy naprawy samochodu. Ale pani dyrektor zapewnia, że uczniowie klas trzecich nie dość, że naprawiają silniki na równi z innymi mechanikami, to są klienci, którzy specjalnie do nich z tym przychodzą.
Problemem oczywiście są pieniądze. Kształcenie zawodowe z konieczności musi być droższe niż ogólne, gdzie opłacić trzeba jedynie nauczycieli, a wszystkie zajęcia odbywają się w szkole. Jeszcze niedawno lubelscy rzemieślnicy, którzy przyjmowali do siebie uczniów zawodówki, otrzymywali zwrot wszystkich ponoszonych kosztów, łącznie z wynagrodzeniem dla młodocianych. Dziś pieniędzy nie ma. Nie wiadomo też jak będzie w przyszłym roku. Całe szczęście jednak są takie zakłady, które wiedzą, że wykształcenie dobrych pracowników im się opłaci. I dalej kształcą uczniów w konkretnych zawodach.

To nie wstyd

Wielu absolwentów gimnazjów najzwyczajniej w świecie wstydzi się pójść do zawodówki. „Ostatnio po rozmowie ze znajomymi, jeden z nich powiedział mi, że iść do zawodówki to wstyd” - pisze na forum internetowym młody chłopak. Odpowiedzi mogą niektórych zdziwić. Zamiast szyderstw są słowa wsparcia. Odpisują mu, że wstyd to być magistrem, który pił przez całe studia, sesje zaliczał fartem, pracę magisterską kupił, zamiast napisać, a od razu po studiach chce zarabiać dużo pieniędzy. Napisał też ktoś, kto odniósł życiowy sukces, a zaczął od szkoły zawodowej: „Uważam, że to nie jest wstyd i ten co to wymyślił musi mieć jakiś kompleks... ja ukończyłem ZSZ [Zasadniczą Szkołę Zawodową], zawód- ślusarz spawacz. Potem technikum mechaniczno elektryczne i politechnikę. Przechodząc stanowiska od robotnika wykwalifikowanego do dyrektora technicznego, a teraz dyrektora naczelnego dużego zakładu, jedno wiem: nikt nie wciśnie mi ciemnoty! Znam swój fach od podszewki. Pozdrawiam i życzę więcej wiary w siebie wszystkim, którzy mają zamiar kontynuować szkołę zawodową, bo dobrych fachowców zawsze na rynku pracy brak.”.
Z problemu zdają sobie powoli sprawę władze samorządowe i centralne.

Problem niemiecki

- Ostatnio zastanawialiśmy rozmawialiśmy o tym podczas obrad wojewódzkiej rady zatrudnienia, której jestem członkiem – mówi Cecylia Gonet, przewodnicząca Zarządu Regionu Śląska Opolskiego NSZZ Solidarność. - Niemcy i Austria otworzyły swój rynek pracy dla Polaków. Mogą tam pracować legalnie. I firmy ściągają do Niemiec fachowców, ale także po prostu młodych ludzi, którzy kończą gimnazjum. Niemcy nawet dają im za to pieniądze. Młodzi uczą się tam konkretnego zawodu i dostają za to 700 euro na miesiąc. Oprócz tego odpowiednie zabezpieczenie socjalne. A u nas brakuje pieniędzy. Jeśli chodzi o szkolnictwo zawodowe, wiele się musi zmienić.
Opolska Solidarność współpracuje z niemieckimi organizacjami i organizuje konferencje międzynarodowe dotyczące rozwoju szkół zawodowych. Niedawno podpatrywać niemieckie rozwiązania udała się kolejna grupa związkowych ekspertów. W Niemczech system szkolnictwa zawodowego jest bardzo rozwinięty. nauka konkretnych zawodów jest promowana. Tymczasem w Polsce w latach 90. szkoły zawodowe zeszły niemal do podziemia. Utarło się, że idą tam tylko ci, którzy nie poradzą sobie w liceum, a nauka w nich jest najgorszym wyjściem z możliwych. Jawiły się jako siedliska patologii. Dziś to się zmienia.
- Kiedyś się mówiło, że do zawodówek idą nieuki. A teraz, kiedy mamy samych magistrów i inżynierów, to okazuje się, że jest bardzo wysokie bezrobocie. Na koniec marca w województwie opolskim było 14 proc. W tej chwili jest 13,1 proc. – dlatego, że zaczęły się wyjazdy za granicę. A przecież pracodawcy nie szukają w większości inżynierów czy magistrów, ale specjalistów od konkretnej pracy. Spawaczy czy ślusarzy. W województwie brak jest specjalistów, a kolejni jeszcze wyjeżdżają za granicę. Władze wojewódzkie dostrzegają ten problem i zastanawiają się jak go rozwiązać. Zastanawiają się, czy nie ściągać ich do Polski ze wschodu czy nawet Chin – wskazuje Cecylia Gonet.
Przez lata szkoły zawodowe funkcjonowały przy konkretnych zakładach pracy.
- Wiele zakładów miało swoje szkoły zawodowe, gdzie uczniowie jednocześnie się uczyli i pracowali. Mieli tam zapewnione praktyki na wysokim poziomie. Ale zakłady upadały, albo podczas restrukturyzacji dochodzono do wniosku, że szkoła jest za droga i niepotrzebna. Zabrakło też pieniędzy od państwa. Nie zatrudnia się też praktykantów, bo nie ma za co. W naszym regionie polikwidowano ogromną ilość zakładów produkcyjnych. Ich już prawie nie ma. Więc i nie ma szkół przyzakładowych – mówi szefowa regionu Śląska Opolskiego.

Boom humanistów

Słabe wykształcenie ogólne przekłada się bezpośrednio na wysokie bezrobocie. Setki tysięcy wypuszczanych co roku na rynek pracy absolwentów popularnych humanistycznych kierunków nie mogą znaleźć pracy.
- Największe bezrobocie jest wśród młodych. Pootwierano wiele szkół wyższych, ale ludzie nie mogą po nich znaleźć pracy. Pracodawca nie przyjmuje bez doświadczenia. A staż też trudno gdzieś zdobyć. Pracodawca musi bowiem podpisywać odpowiednie zobowiązania, a wcześniej mógł mieć pracownika przez pół roku za darmo. Za staż płaciły urzędy pracy. Na działalność gospodarczą pieniądze też zniknęły. Obcięto fundusze w gigantycznym stopniu. Ze 165 mln w roku ubiegłym do 40 mln w tym roku. Teraz urzędy pracy starają się o dodatkowe pieniądze, ale zobaczymy jak to będzie – mówi Cecylia Gonet.
Jej słowa potwierdza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej.
- Naszą piętą achillesową jest niedostosowany do gospodarki system szkolnictwa. Zawsze były tu pewne rozpiętości, ale przed 1989 r. gdy ktoś miał wyższe wykształcenie to miał pracę. W nowym systemie tak nie było. I na początku bardzo brakowało np. ekonomistów z odpowiednimi kwalifikacjami i wykształceniem. I na tej fali wyrosła cała masa szkół prywatnych, które od początku kształciły lepiej lub gorzej –wspomina prof. Mączyńska.
Skąd taki rozwój uczelni humanistycznych, po których ciężko znaleźć pracę? Okazuje się, że tak jest... łatwiej.
- Kierunki humanistyczne nie wymagają od szkół inwestycji w specjalistyczne laboratoria. To wszystko zostało w państwowych uczelniach. Humanistyczne uczelnie prywatne powstawały jak grzyby po deszczu. I nawet jeśli specjalne komisje uznawały, że dana szkoła wyższa nie powinna kształcić studentów, bo nie spełnia odpowiednich wymagań, to uczelnie się od tego odwoływały i dalej kształciły studentów Prawo wciąż jest pod względem dopuszczania do powstawania szkół wyższych,  niedoskonałe-  tłumaczy prezes PTE.
Żeby przyciągnąć i zatrzymać studentów, którzy płacą czesne, uczelnie łagodziły wymagania. To nie wpływało i nie wpływa dobrze na poziom kształcenia. Zdaniem prof. Mączyńskiej ten proces wciąż trwa.
- Okazało się, że ukończenie studiów humanistycznych jest zdecydowanie łatwiejsze niż ukończenie uczelni technicznej. To spowodowało odpływ studentów z politechnik. Doszło do tego, że rynek zaczął sygnalizować braki inżynierów. I wtedy ministerstwo wprowadziło program kierunków zamawianych, czyli stypendiów dla uczelni szkół technicznych. To jest, moim zdaniem, bardzo dobre rozwiązanie- tłumaczy.

Studia na zamówienie


Kierunki zamawiane to realizowany od 2008 roku w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki program Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dzięki niemu ma się zwiększyć liczba studentów na kierunkach matematycznych, technicznych i przyrodniczych – czyli tych, które zostały uznane przez ekspertów jako strategiczne dla rozwoju polskiej gospodarki. Do 2013 roku na realizację programu przewidziano łącznie ponad 1 mld zł. Zakłada on m.in. motywacyjne stypendia dla najlepszych studentów w  wysokości 1000 zł oraz dofinansowanie uczelni, które prowadzą wybrane kierunki, po to, by mogły podnieść atrakcyjność kształcenia organizując dla studentów np. kursy wyrównawcze z matematyki i fizyki, kursy z języka angielskiego czy obozy naukowe. Kierunki się zmieniają. Np. w roku akademickim 2009/2010 były to m.in. automatyka i robotyka, biotechnologia, budownictwo, chemia, energetyka czy mechatronika.
- Równowaga kształcenia została naruszona. Uczelnie pokończyło mnóstwo absolwentów marketingu, zarządzania i kierunków pokrewnych. I doszło to tego, że ci absolwenci mogą liczyć najwyżej na pracę w sklepie. Jest przesyt, choć rynek wciąż potrzebuje wybitnych specjalistów w dziedzinie zarządzania, finansów itd.  – tłumaczy prof. Mączyńska.
Sytuacja całe szczęście powoli się poprawia. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego podsumowując rekrutację na studia w roku akademickim 2010/2011 wskazało, że po raz pierwszy od lat na politechniki aplikowało więcej maturzystów niż na uniwersytety. Na wolne miejsce na politechnikach przypadło średnio 3,9 kandydatów, w uniwersytetach - 3,5


Najpopularniejsze kierunki studiów w roku akademickim 2010/2011 (według liczby kandydatów):
1. Zarządzanie - 37743
2. Budownictwo - 30944
3. Pedagogika - 30414
4. Prawo - 26943
5. Informatyka - 25435
6. Ekonomia - 24539
7. Finanse i rachunkowość - 19997
8. Inżynieria środowiska - 19370
9. Administracja - 19255
10. Psychologia - 19021
11. Filologia, specjalność: filologia angielska - 17529
12. Zarządzanie i inżynieria produkcji - 16806
13. Turystyka i rekreacja - 15339
14. Mechanika i budowa maszyn - 15192
15. Automatyka i robotyka - 14207
16. Geodezja i kartografia - 13857
17. Biotechnologia - 13836
18. Dziennikarstwo i komunikacja społeczna - 13621
19. Gospodarka przestrzenna - 13087
20. Ochrona środowiska - 12918

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Technologie